Skoro takie serie jak Streets of Rage i Double Dragon doczekały się w XXI wieku wielu powrotów, wznowienie Rushing Beat wydawało się naturalnym kolejnym krokiem. Japoński wydawca City Connection jest właścicielem marek Jaleco i dba o ich obecność na rynku, więc czwarta odsłona była tylko kwestią czasu. Rushing Beat X to interquel rozgrywający się między Brawl Brothers a The Peace Keepers. Podtytuł „Return of Brawl Brothers” próbuje też połączyć amerykańskie i japońskie konwencje nazewnictwa, choć nadal brzmi to dość głupio, gdy dwie członkinie drużyny są kobietami.
Fabuła przedstawia Kahlua, opaloną, blond nastolatkę, która straciła pamięć i zaczyna trenować w siłowni Ricka Nortona. Jej przeciwnikiem jest Edgar Dieter, brat Icemana, złoczyńcy z Brawl Brothers. Edgar wykorzystuje swój naukowy geniusz, by stworzyć armię zombie, klonów i innych mutantów — wszystko po to, by przejąć kontrolę nad Neo-Cisco.
Budowanie drużyny i łączenie ciosów
Kahlua, Rick i Bild są dostępni od samego początku. Pozostałych wojowników odblokowujemy w pierwszych etapach; wśród nich są Lord J, Wendy i Kazan. Do wyboru są cztery poziomy trudności, a Shura, wariant ekspercki, stanowi największe wyzwanie. Free Play pomija fabułę i zamiast niej oferuje wyzwania do zaliczenia w każdej lokacji.
System walki rozwija inspirowane Final Fight podstawy gier z ery 16-bitowej, stawiając na szybkość i combosy. Wojownicy dysponują kilkoma standardowymi sekwencjami ataków oraz cięższymi ciosami, takimi jak podbródkowe. Żonglowanie przeciwnikami i łączenie ciosów są wyjątkowo elastyczne: skacz lub wykonaj unik, by przerwać atak, a potem kontynuuj długą serię. Sześć głównych postaci zapewnia satysfakcjonujący wybór — od „silnych, ale powolnych” po „szybkich, ale słabych” — choć nawet ciężsi wojownicy poruszają się przyjemnie żwawo.
Przerywaj ataki skokiem lub unikiem, a elastyczny system combo pozwoli ci dalej zasypywać wrogów ciosami.
Jeden szczególnie efektowny ruch wyrzuca przeciwnika w powietrze, po czym wbija go głową w podłogę. Wróg zostaje pionowo, niczym deska, co daje chwilę na zadanie mu jeszcze kilku ciosów.
Wskaźnik Rage napełnia się, gdy otrzymujesz obrażenia. Jedną trzecią paska możesz poświęcić na Beat Blow, który odrzuca wrogów; zadaje niewielkie obrażenia, podobnie jak niektóre ruchy z gier Guilty Gear. Po zapełnieniu wskaźnika automatycznie aktywuje się Rage Burst, zwiększając twoją siłę. Gdy działa Rage Burst, możesz też wyprowadzić Rush Finish — najpotężniejsze supercombo danej postaci.
Broń, jedzenie i barwna oprawa
Broń dzieli się na dwie kategorie. Duże znaleziska, takie jak stalowe belki i miotacze ognia, zastępują zwykłe ataki i znikają po kilku użyciach, podobnie jak broń w innych chodzonych bijatykach. Mniejsze przedmioty — między innymi łyżki do opon i granaty — trafiają do ekwipunku. Możesz wyciągnąć je w dowolnym momencie, ale ich liczba użyć również jest ograniczona.
Jedzenie podlega własnym, nietypowym zasadom. Większość znalezionych produktów trafia do zapasów na później, ale regularnie pojawia się food truck, w którym możesz przerobić je na składniki do zestawów posiłków i znacznie obniżyć ich cenę. Można tam również kupić broń. Pieniądze trudno jednak zdobyć, więc zazwyczaj lepiej przeznaczyć je na jedzenie.
Zamiast dwuwymiarowej oprawy gier SNES, Rushing Beat X wykorzystuje cieniowane w stylu kreskówkowym modele 3D, przypominające Marvel vs. Capcom 3. Cienie bywają nieco zbyt mocne, ale taka stylistyka pasuje do gry, która wyraźnie nie powstała przy dużym budżecie. WASi303 skomponowało gitarową ścieżkę dźwiękową, choć rzadko zapada ona w pamięć.
Nawiązania do Jaleco i komiczne dygresje
Gra traktuje swoje uniwersum poważnie. Sceny w stylu komiksu między etapami objaśniają plany Dietera i zawierają małe migawki z gier na SNES-a, które przypominają wydarzenia z przeszłości. Sama fabuła jest tak generyczna, jak tylko mogą być historie w chodzonych bijatykach: trzeba przebić się przez kilka części miasta, a potem wedrzeć do tajnej bazy. Sceny można pomijać i trudno uwierzyć, że wielu graczy jest głęboko zaangażowanych w ciągłość fabularną Brawl Brothers.
Na szczęście humor lepiej zapada w pamięć. Podczas koncertu w parku zombie zaczynają tańczyć układ z „Thrillera” Michaela Jacksona, a postacie komentują nawet jego wątpliwą legalność. Food truck staje się też powracającym żartem dzięki absurdalnym sposobom, na jakie potrafi spotkać cię w połowie etapu, by uzupełnić zapasy przedmiotów.
Nawiązania do Jaleco są wszędzie. Zła firma farmaceutyczna nazywa się Jecoal — to anagram Jaleco — a gra puszcza oko do Ninja Jajamaru-kun. Ciężarówka nosi nazwę „Tough Enough”, czyli poprawną pisownię tytułu bijatyki na SNES-a Tuff E Nuff, zaś Rival Turf pojawia się w formie graffiti. Gra wspomina nawet 64th Street, włączając chodzoną bijatykę arcade od Jaleco do drzewa genealogicznego Rushing Beat.
Świetna walka, rozciągnięte etapy
Walka jest solidna, ale Rushing Beat X jest długie: przejście gry zajmuje około dwóch godzin. Sama długość nie byłaby problemem, zwłaszcza że postępy zapisują się między etapami. Większy kłopot stanowi fakt, że wszystkie dziewięć etapów jest długich, a te same obszary powtarzają się długo po tym, jak zdążą się znudzić. Przeciwnicy często wracają, typów wrogów jest niewiele, a bossom zdecydowanie brakuje różnorodności.
Eksperymenty Edgara przynajmniej uzasadniają walki z różnymi „zombie” i „mrocznymi” wersjami postaci, w tym członków ekipy Rushing Beat. Julia, osobista pokojówka Edgara i maszyna do zabijania, również wraca jako regularna przeciwniczka. Ona i Kahlua to najciekawsze nowe postacie w grze. Julię można odblokować po ukończeniu gry, ale tylko w jej bojowym stroju kąpielowym, a nie w bardziej charakterystycznym stroju pokojówki.
Masz tylko jedno życie, ale kredytów nie brakuje, co nieco podważa sens systemu jedzenia. Grę da się ukończyć na jednym kredycie, choć próba przejścia jej w ten sposób podczas dwugodzinnej rozgrywki może doprowadzić do frustracji. Streets of Rage 4 rozwiązało ten problem lepiej: na początku każdego etapu przywracało życia, ale po ich utracie wymagało powtórzenia danego poziomu. Dzięki temu utrzymywało napięcie bez nielimitowanych kredytów. Szkoda, że City Connection nie zastosowało podobnego rozwiązania.
Zachowanie wrogów waha się między dwiema skrajnościami. Dosłowne, bezmyślne zombie błąkają się bez celu i służą głównie za mięso armatnie; twardsi przeciwnicy potrafią za to unieruchomić cię atakami ogłuszającymi i bez trudu odebrać połowę paska życia.
Bardzo dobra chodzona bijatyka i wyraźny krok naprzód względem poprzedników z ery 16-bitowej, która jednak nie potrafi całkiem uciec od reputacji „drugoligowego klona Final Fight”.
Mimo wszystko Rushing Beat X to udany powrót i zdecydowanie przewyższa poprzedników z ery 16-bitowej. Pod względem mechaniki i grafiki wypada też lepiej niż Double Dragon Revive, kolejna retro reaktywacja chodzonej bijatyki, która ukazała się kilka miesięcy wcześniej. Mimo najlepszych starań serii wciąż ciąży na niej łatka „drugoligowego klona Final Fight”, ale Rushing Beat X jest bardzo dobrym przedstawicielem gatunku, do którego należy.
Źródło: Hardcore Gaming 101




